Są takie sprzęty, które kupuje się kalkulatorem, i takie, które kupuje się sercem. Seria 1000X przez dziesięć lat należała do tej pierwszej grupy – kolejne generacje wygrywały porównania, bo miały lepsze ANC, dłuższą baterię i cenę, którą dało się obronić przed samym sobą. A potem Sony postanowiło uczcić okrągłą rocznicę i wypuściło coś z zupełnie innej bajki: model 1000X The ColleXion, który z tabelkami wygrywać nawet nie próbuje.
Spędziłem z nimi kilka tygodni. W open space, w domu, na spacerach, a nawet z kosiarką i odkurzaczem – bo skoro słuchawki kosztują 2699 zł, to niech pracują. I przez ten czas kilka razy zmieniałem o nich zdanie.
Bo to są słuchawki, które trzeba sobie uzasadnić. Sprawdźmy więc, czy się da.
Sony 1000X The ColleXion – specyfikacja
The ColleXion – oficjalnie WH-1000XX – to prezent Sony na dziesięciolecie serii, które w 2016 roku otworzył model MDR-1000X. Co ważne, nie zastępuje on WH-1000XM6, tylko staje obok niego, wyżej, jako wariant premium.
Sercem konstrukcji są nowe przetworniki 30 mm z kopułką wykonaną z jednokierunkowego kompozytu węglowego. Za redukcję szumów odpowiada znany z WH-1000XM6 układ QN3, wspierany przez procesor V3 oraz 12 mikrofonów, z których sześć zajmuje się wyłącznie rozmowami. Nad strojeniem pracowali inżynierowie ze studiów masteringowych Battery Studios, Sterling Sound i Coast Mastering.
Łączność to Bluetooth 6.0 z kodekami SBC, AAC, LDAC i LC3, do tego multipoint oraz Auracast. Pasmo przenoszenia sięga 40 kHz przy LDAC, a po kablu (w zestawie, 1,2 m) słuchawki schodzą nawet do 4 Hz. Jest też DSEE Ultimate, czyli algorytmiczne odświeżanie skompresowanych plików, oraz tryby przestrzenne 360 Reality Audio Upmix – o nich osobno, bo zasługują na własny rozdział.
Bateria wytrzymuje deklarowane 24 godziny z ANC lub 32 godziny bez niego. Ładowanie przez USB-C trwa około 3,5 godziny, a pięciominutowe podpięcie do gniazdka daje mniej więcej półtorej godziny grania. Całość waży około 320 gramów i występuje w dwóch kolorach: czarnym i platynowym.
W dniu publikacji recenzji Sony 1000X The ColleXion kosztują 2699 zł. Dla porównania – WH-1000XM6 można dziś kupić za około 1699 zł. Ta różnica będzie wracać w tej recenzji jeszcze kilka razy.
Metal, skóra i etui jak mała torebka – tak wygląda The ColleXion
Pierwsze wrażenie zaczyna się jeszcze przed założeniem słuchawek. Opakowanie jest w całości pozbawione plastiku, a w środku czeka etui, które bardziej przypomina małą torebkę niż futerał na elektronikę – sztywne, z magnetycznym zamknięciem i zintegrowanym uchwytem. Drobiazg, ale od razu ustawia oczekiwania.

W zestawie poza etui znajdziemy tylko kabel mini-jack i papiery. I tu pierwszy zgrzyt: kabla USB-C do ładowania nie ma. Wiadomo, każdy ma w szufladzie kilka takich przewodów, ale w sprzęcie za 2699 zł, sprzedawanym pod hasłem dopracowania każdego detalu, taki brak po prostu nie wygląda dobrze.
Same słuchawki bronią się jednak od pierwszego kontaktu. Pałąk wykonano z metalu o matowej, piaskowanej fakturze, zestawionej z ręcznie polerowanymi akcentami. Zawiasy są ze stali nierdzewnej, a przyciski – metalowe, klikające krótko i pewnie, bez luzów. Muszle pokrywa wegańska skóra, nad którą Sony pracowało podobno dwa lata. Nie wiem, czy to dużo jak na sztuczną skórę, ale efekt jest przyjemny w dotyku i nie ma nic wspólnego z gumowatymi obszyciami znanymi z tańszych konstrukcji.
Różnicę względem WH-1000XM6 czuć od razu. Tamten model to porządnie zrobiony plastik – ten tutaj to przedmiot, który wygląda i leży w dłoni jak rzecz, a nie jak gadżet. Sony dorzuca do tego około 25% tworzyw z recyklingu w konstrukcji i etui, co wypada docenić.
Mam jednak dwie uwagi, których zabraknie w materiałach prasowych.
Po pierwsze – testowałem wersję platynową i ona naprawdę robi wrażenie, ale jasna skóra brudzi się szybciej, niż byśmy chcieli. Ciemne ubrania, dłonie po treningu, zwykły kurz – wszystko zostawia ślady. Da się je zetrzeć wilgotną ściereczką, jednak trzeba się z tym liczyć: to sprzęt, o który po prostu trzeba dbać. Jeśli nie macie do tego cierpliwości, bierzcie czarną wersję.
Po drugie – nie wiem, jak ta skóra zniesie dwa czy trzy lata codziennego użytkowania. Sztuczne skóry na słuchawkach lubią z czasem zacząć się łuszczyć, szczególnie na poduszkach. Sony przekonuje, że ich materiał jest inny, i być może tak jest. Ale przy tej cenie wolę to głośno zaznaczyć, niż przemilczeć.
320 gramów, których nie czuć
Na papierze The ColleXion jest ciężki. 320 gramów to o 66 więcej niż w WH-1000XM6 i więcej niż u większości konkurencji, która zwykle mieści się między 250 a 290 gramami. Spodziewałem się, że po dwóch godzinach będę chciał je zdjąć.
Nic takiego się nie wydarzyło.
Sony zrobiło tu dwie rzeczy, które zmieniają cały rachunek. Muszle są większe i głębsze, więc ucho nie dotyka wnętrza i nic nie uciska małżowiny. Wypełnienie pałąka jest z kolei grubsze o około 40%, a siła docisku – mniejsza. Ciężar rozkłada się szeroko, zamiast wbijać się w dwa punkty na czubku głowy.
W praktyce wyglądało to tak, że w open space siedziałem w nich po pięć–sześć godzin z krótkimi przerwami i ani razu nie zdjąłem ich dlatego, że „już nie mogę”. To rzadkość – większość nauszników po czterech godzinach zaczyna przypominać o swoim istnieniu. Przy domowych obowiązkach, odkurzaniu czy koszeniu trawy też trzymały się pewnie i nie zsuwały z głowy.

Zabierałem je nawet na siłownię i tu będę szczery: dało się, ale to nie jest ich środowisko. Duże, zamknięte muszle w wegańskiej skórze robią się ciepłe, poduszki łapią pot, a z tyłu głowy cały czas siedzi myśl, że to sprzęt za 2699 zł. Na spokojny trening – w porządku. Na coś więcej – są lepsze narzędzia.
Jedna rzecz do zapamiętania: mniejszy docisk to także słabsze uszczelnienie, a to wraca do nas w rozdziale o ANC. Sony świadomie wybrało komfort kosztem odrobiny tłumienia. Moim zdaniem słusznie – ale to jest wybór, nie darmowy dodatek.
Brzmienie – jakby ktoś zrobił porządek na scenie
To jest rozdział, dla którego warto było czekać na te słuchawki.
Nowe przetworniki z węglową kopułką w teorii oznaczają sztywniejszą membranę i mniej zniekształceń. W praktyce słychać to przede wszystkim w porządku, jaki panuje na scenie. Nagrania, które w WH-1000XM6 zlewały się w jedną ścianę dźwięku, tutaj rozkładają się na czytelne warstwy. Wiadomo, gdzie stoi gitara, gdzie perkusja, a gdzie wokal – i to nie jest niuans dla audiofila z wytrenowanym uchem, tylko różnica słyszalna od pierwszych minut.
Scena jest przy tym wyraźnie szersza niż w XM6. Bez przesady – to wciąż konstrukcja zamknięta i cudów nie ma – ale muzyka gra bardziej „przed nami i wokół” niż „w głowie”. Wokale brzmią naturalnie i mają swoje miejsce; Sony odpuściło sobie podbijanie góry pasma pod efekt „wow” w sklepie i wyszło temu na dobre. Jest spokojniej, ale dojrzalej.
Bas schodzi nisko i ma odpowiednią masę, przy czym jest lepiej kontrolowany niż w poprzednikach. Zastrzeżenie mam jedno: w gęstych, agresywnych gatunkach – metal, ostrzejszy rock – potrafi go być za dużo i zaczyna przykrywać środek pasma. Na szczęście dziesięciopasmowy equalizer w aplikacji realnie działa i po delikatnym przycięciu dołu problem znika.
Z kodeków najwięcej daje LDAC – przy dobrych plikach słychać więcej powietrza i przestrzeni niż na AAC. Różnica nie jest dramatyczna, ale jest. DSEE Ultimate, czyli odświeżanie skompresowanych plików, traktuję jako miły dodatek: nie zrobi ze Spotify plików studyjnych, ale trochę życia potrafi dodać. Włączyłem i zostawiłem.
Tryby przestrzenne, do których trzeba się przyzwyczaić
Na lewej muszli, nad przyciskiem od ANC, Sony umieściło coś, czego w tej serii jeszcze nie było: osobny fizyczny przycisk do przełączania trybów przestrzennych. Nie trzeba szukać ich w aplikacji ani uczyć się gestów – klik i słychać różnicę.

Do wyboru są trzy tryby 360 Reality Audio Upmix. Music rozciąga zwykłe stereo w przestrzeń – wokal wychodzi do przodu, instrumenty rozjeżdżają się na boki. Na dużych, przestrzennych produkcjach potrafi zrobić wrażenie; na kameralnych nagraniach zabiera z kolei trochę tej precyzji, za którą chwaliłem słuchawki chwilę temu. Cinema dodaje głębi dialogom i efektom – z całej trójki to do niego wracałem najchętniej, głównie przy oglądaniu na laptopie. Game pomaga z lokalizacją źródeł dźwięku i działa poprawnie, choć umówmy się: nikt nie kupuje słuchawek za 2699 zł głównie do grania.
Jest jeszcze tryb Background Music, który celowo odsuwa muzykę na dalszy plan – tak, żeby grała jak w tle kawiarni, nie angażując uwagi. Brzmi jak wypełniacz, a przy pracy sprawdza się zaskakująco dobrze.
I teraz rzecz, którą trzeba powiedzieć wprost: do tych trybów trzeba się przyzwyczaić i nie każdemu one podejdą. Pierwsze kliknięcie robi wrażenie, przy drugim zaczynamy się zastanawiać, czy na pewno o to chodziło. Jednym taka przestrzeń siądzie od razu, dla innych zawsze będzie brzmiała odrobinę sztucznie – i to nie jest wada sprzętu, tylko kwestia ucha.
U mnie skończyło się tak, że najczęściej wracałem do klasycznego, czystego trybu. Nie dlatego, że upmix jest zły – po prostu The ColleXion bez żadnych dodatków gra na tyle dobrze, że nie czułem potrzeby niczego poprawiać. Dobrze jednak, że ten przycisk jest: sprawdzenie, czy to coś dla nas, zajmuje dosłownie sekundę.
Reszta pakietu Sony jest na swoim miejscu: Adaptive Sound Control, Speak-to-Chat, Ambient Sound z dwudziestoma poziomami, multipoint, Auracast. Gorzej z samą aplikacją – Sound Connect wciąż nie doczekał się polskiej wersji językowej. Przy sprzęcie z tej półki, oficjalnie sprzedawanym w Polsce, to zwyczajnie słabe.
O tłumieniu, bez ściemy
Tu należy się uczciwość, bo to najbardziej dyskutowany element tego modelu.
The ColleXion ma ten sam układ QN3 i tyle samo mikrofonów co WH-1000XM6, a mimo to tłumi odrobinę słabiej. Powód opisałem wyżej: większe muszle i mniejszy docisk gorzej się uszczelniają, a pasywna izolacja to fundament, na którym pracuje cała elektronika. Sony przehandlowało kawałek ANC za komfort.
Jak to wygląda w codziennych scenariuszach? W open space – bardzo dobrze. Klimatyzacja, wentylacja i stukot klawiatur znikają, a rozmowy współpracowników zamieniają się w niegroźne mruczenie, z którego nie da się wyłowić słów. Dokładnie o to chodzi. Odkurzacz, czyli klasyk domowych testów, również przestaje istnieć – niski, jednostajny warkot to najłatwiejszy przeciwnik aktywnej redukcji.
Ciekawiej zrobiło się przy koszeniu trawy. Spalinowa kosiarka to hałas szerokopasmowy, z mocną średnicą – i właśnie tam słychać, że uszczelnienie mogłoby być lepsze. Tłumienie wciąż jest dobre, ale muzykę trzeba było podgłośnić bardziej niż zwykle. Na spacerach po mieście z kolei ruch uliczny gaśnie bez zarzutu, a głosy przechodniów przebijają się odrobinę mocniej niż w XM6 – co akurat na ulicy uważam za zaletę.
Osobne słowo o trybie Ambient Sound: dwadzieścia poziomów intensywności brzmi jak przesada, a w praktyce to jedna z najlepiej zrobionych przepuszczalności, jakich używałem. Nie syczy, nie brzmi sztucznie i pozwala precyzyjnie ustawić, ile świata chcemy wpuścić.
Rozmowy wypadają solidnie. Sześć mikrofonów robi swoje, głos jest czysty, a słuchawki same przyciszają ANC w trakcie połączenia, żebyśmy słyszeli własny głos i nie zaczynali krzyczeć. Do absolutnej czołówki trochę brakuje, ale przez kilka tygodni nikt ani razu nie poprosił mnie o powtórzenie zdania.
Bateria i codzienność – tu Sony trochę odpuściło
Deklarowane 24 godziny z włączonym ANC to wynik przyzwoity – dopóki nie przypomnimy sobie, że tańszy WH-1000XM6 oferuje 30 godzin. U mnie, przy dość głośnym słuchaniu i stale włączonym LDAC, realnie wychodziło 18–20 godzin. To wciąż tydzień normalnego użytkowania po dwie–trzy godziny dziennie, więc dramatu nie ma. Trudno jednak przejść obojętnie obok faktu, że to jedyna kategoria, w której droższy model jest wyraźnie gorszy od tańszego.
Szybkie ładowanie ratuje sytuację: pięć minut przy gniazdku daje około półtorej godziny grania, pełne ładowanie zamyka się w 3,5 godziny.
Do tego dochodzą dwa drobiazgi, które w tej cenie kłują mocniej, niż powinny. Słuchawki nie składają się do środka – muszle obracają się tylko na płasko, przez co etui jest większe, niż mogłoby być. Do plecaka wejdzie bez problemu, do mniejszej torby już różnie. Druga sprawa: włącznik nie ma wyraźnego wskaźnika stanu i kilka razy nie byłem pewien, czy słuchawki są wyłączone, czy po prostu cicho czekają.
Podsumowanie – luksus, który trzeba sobie uzasadnić
Po kilku tygodniach z Sony 1000X The ColleXion wiem jedno: to najlepiej wykonane i najwygodniejsze słuchawki, jakie ta seria kiedykolwiek miała. Grają dojrzalej niż WH-1000XM6, porządkują scenę tak, jak żaden poprzednik, a metal i skóra robią różnicę, której nie widać w żadnej tabelce. To sprzęt, który nie próbuje być czymś, czym nie jest – nie ściga się na parametry, tylko na wrażenia.
Ale kalkulator jest nieubłagany. Za 2699 zł dostajemy krótszą baterię niż w modelu o tysiąc złotych tańszym, odrobinę słabsze ANC, brak kabla USB-C w pudełku i aplikację bez polskiego języka. Płacimy za materiały, komfort i rocznicę – nie za przewagę techniczną. Jeśli ktoś liczy złotówki do godzin pracy na baterii, powinien kupić WH-1000XM6 i będzie to w pełni racjonalna decyzja.
Tylko że The ColleXion nie powstał dla kalkulatorów. Powstał dla tych, którzy biorą sprzęt do ręki i od razu wiedzą, za co płacą. I w tej roli sprawdza się znakomicie.
Dla kogo są Sony 1000X The ColleXion?
Sony 1000X The ColleXionZalety
- wykonanie z metalu, stali i wegańskiej skóry – klasa sama w sobie
- naturalne, dojrzałe brzmienie wokali
- LDAC, LC3, Bluetooth 6.0, multipoint, Auracast
- bardzo dobre ANC
Wady
- • cena – 2699 zł, czyli około tysiąc złotych więcej niż WH-1000XM6

